Obudziłem się jak zwykle, przed piątą. Niechętnie wygrzebałem się z łóżka i wziąłem długi, zimny prysznic. Szykowałem kanapki kiedy przyszedł już ubrany Dean. Uśmiechnąłem się lekko.
- Głodny? - spytałem.
- Jak wilk. - uśmiechnął się.
Podałem mu talerzyk z kanapką, usiadł przy stole a ja naprzeciw niego, nalałem nam do szklanek soku pomarańczowego. Gdy zjedliśmy, poszliśmy zająć się końmi. Dean zawsze mi pomagał, dzięki czemu szło szybciej. Gdy wyprowadziliśmy wszystkie na padok, zabrałem Infiniti'ego a chłopiec swoją Ruby, osiodłaliśmy je i pojechaliśmy w teren. Niestety, jadąc przez szosę natknęliśmy się na Aarona i jego kolegę oraz osoby, które przyjechały do nich wczoraj na obóz.
- A tutaj widzimy porażkę życiową, Asher. Twój ojciec zdecydował się już sprzedać stadninę? Mój ojciec ma ochotę na parę waszych koni.
- Nie masz na co liczyć, nie sprzeda ich a już na pewno nie wam.
- Czyżby? To dalej, zobaczmy kto jest lepszy. Wyścig, do końca szosy. - zmarszczył brwi.
- Wiesz co? Będę ponadto, nie ośmieszę cię przy tylu osobach i radzę przestać robić z siebie debila bo nie sądzę żebyś komuś tu imponował. - stwierdziłem.
Cmoknąłem a Infinity ruszył kłusem przed siebie, jego kroku dorównała Ruby z Deanem. Zniknęliśmy w lasie, jak ten człowiek gra mi na nerwach...
Rose?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz